Bitwa o Wiedeń

Autor: 
Turrini, Peter
Przekład: 
Berlin, Aleksander
Gatunek: 
Dramat
Obsada kobiety: 
3
Obsada mężczyźni: 
9

Sztuka publikowana w Dialogu 9/96

Petera Turriniego nie trzeba przedstawiać. Ten znany skandalista, który od lat wyrzeka się tego określenia, autor 40 sztuk teatralnych, mawia przewrotnie, choć pewnie szczerze: "Staram się po prostu pokazać na scenie za pomocą środków artystycznych szaleństwo, w którym żyjemy. Uprawiam teatr aktualny. Opisuję lęki naszych czasów". Nie inaczej jest w niewystawianej jeszcze w Polsce sztuce Bitwa o Wiedeń.

Sztuka zaczyna się od wejścia samego Dobrego Pana Boga, który na naszych oczach stwarza świat. Bóg w ujęciu Turriniego to beznamiętny, żeby nie rzec obojętny staruszek z białą brodą, który przygląda się biernie szalonym i krwawym działaniom człowieka.
Na leśną polanę przychodzą kolejno bohaterowie sztuki: MAŁY - niski mężczyzna (ok. 40 lat), MŁODA - dziewczyna (ok. 20 lat), WIOLONCZELISTA (ok. 30 lat), MĄŻ - mężczyzna w stroju rekreacyjnym (ok. 60 lat), jego ŻONA - kobieta w stroju rekreacyjnym, (ok. 65 lat), STARY - mężczyzna (ponad 80 lat), DYREKTOR TEATRU (55 lat), ŚPIEWACZKA OPERETKOWA (55 lat). Dziwaczna, przypadkowa zbieranina osób szukających mocnych, krwawych, podnoszących adrenalinę wrażeń. W planie jest podpalenie obozu uchodźców, dlatego niektórzy z przybyszów są uzbrojeni. Jeden z bohaterów mówi: "Ja tu przyszedłem z miłości bliźniego. Chcę się przyczynić, z zapałem, niestrudzenie chcę pomagać w zaśmiecaniu i zatruwaniu, w niszczeniu i zabijaniu, aby się to wszystko szybciej skończyło, aby szybciej, szybciej nadeszło wyzwolenie."
Bohaterowie sztuki to niezłe panoptikum: ponury wiolonczelista grający w zespole Mordercy, fotoreporter, który spóźnia się na wszystkie eventy, a teraz postanowił być wreszcie we właściwym miejscu o właściwym czasie, staruszek Żyd, który, by funkcjonować w austriackim społeczeństwie, wymyślił sobie nazistowską przeszłość, czy małżeństwo, które nie mogąc się rozwieść postanawia walczyć z sobą do ostatniej kropli krwi. W tych postaciach jak w pojedynczych soczewkach ogniskują się toksyczne problemy powracające w sztukach Turriniego jak bumerang: nienawiść, agresja, wyobcowanie, zakłamanie austriackiego społeczeństwa, problemy z faszystowskim piętnem, nietolerancja.
Trudno mówić tu o akcji w pełnym, tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Postacie błądzą po lesie, sztuka składa się z wyrazistych, często drastycznych, mikroscenek. Wszystko dzieje się na granicy rzeczywistości i fikcji, prawdy i kreacji, jest w tej atmosferze coś ze snu szalonego desperata. Postacie szukają zrozumienia u siebie nawzajem, co jeszcze bardziej pokazuje ich samotność, alienację i wzajemne niezrozumienie. Takie spotkanie musi być tragiczne w skutkach - to wiadomo od początku. Prawdziwe naboje mieszają się ze ślepakami. Pada pierwsza ofiara, potem następne. Jednak zamiast spektakularnego podpalenia obozu uchodźców mamy chaos, emocjonalny bałagan i przetrąconych przez życie bohaterów. Z niedobitkami "porządek" zrobi banda młodocianych przestępców. 
Pan Bóg jest do końca jedynie obserwatorem. W 1973 roku Turrini powiedział: "Wierzę w Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela Nieba i Ziemi, łącznie ze wszystkimi zbrodniami, które miały na niej miejsce. Mam nadzieję, że wkrótce zajmie się tym Panem Interpol". W ostatniej scenie Dobry Pan Bóg ogląda zastrzelonego na jego oczach Małego, po czym zostaje sam na scenie. "Czyni gest, ale świat nie reaguje na jego znak. Jednak Pan Bóg nie rezygnuje." Po kilku rozpaczliwych próbach gaśnie światło. Trudno o większy sarkazm. Ton serio przeplata się ze specyficznym czarnych humorem, co znakomicie oddaje przekład Aleksandra Berlina.

Joanna Olczakówna dla ADiT

Bitwa o Wiedeń miała swoją prapremierę w Burghteater w reżyserii Clausa Peymanna.