język polskijęzyk angielski

3

Areszt domowy

Autor
Tytuł oryginalny
House Arrest oryg. hebr. בעלת הבית
Tłumacz
Olek, Agnieszka
Gatunek sztuki
Dramat
Obsada kobiet
Obsada mężczyzn
Szczegóły
Adaptacja: Arnon Bar-Lev, Lenny Fishman

Eliszewa Fogel – ikona izraelskiej lewicy, działaczka, filantropka, wzór moralności – z dnia na dzień staje się wrogiem publicznym numer jeden. Oskarżona o sprzeniewierzenie funduszy, zamknięta we własnym domu, poddana medialnemu linczowi, próbuje utrzymać w ryzach rodzinę, która rozłazi się szybciej niż jej reputacja. W Areszcie domowym Noa Yedlin odsłania pancerz idealizmu i pokazuje, co zostaje, gdy człowiekowi odbierze się wiarę w samego siebie.

Eliszewa, główna bohaterka, jest jak krzywe lustro nowoczesnego idealizmu: nie tyle kłamie, co zarządza prawdą. To kobieta, która oddała życie sprawie pokoju, a teraz musi wytłumaczyć, dlaczego nie oddała reszty. W jej ustach każde zdanie brzmi jak usprawiedliwienie, które przeszło przez pięć komisji etyki i trzy biura prasowe.
Ben Ami – mąż, strażnik pozorów – uczy się milczeć w rytmie dyplomacji.
Ich dzieci – liberalne, wykształcone, przesiąknięte językiem równości – są jak tablica ogłoszeń po ideologicznym remoncie

To tekst wybitnie inteligentny, rytmiczny, bolesny jak rodzinny obiad, podczas którego wszyscy milczą, a ktoś w końcu wybucha. Yedlin pisze dramat o współczesnym Izraelu, ale tak naprawdę  o każdej rodzinie, która nie potrafi rozmawiać, i o każdej kobiecie, która musi płacić za własny autorytet. To thriller moralny rozgrywany w salonie klasy średniej, gdzie każdy gest ma wagę wyroku, a każde „kocham” brzmi jak „przepraszam”.

Sztuka błyszczy dialogiem: precyzyjnym, szybkim, soczystym, prowadzonym z ironią i bez patosu. To idealny materiał na przedstawienie zespołowe, sześć mocnych ról, jedno ciasne mieszkanie i napięcie, które można ciąć nożem. Nie ma tu ozdobników ani ucieczek, tylko język, który sam staje się bronią.

Areszt domowy to dramat na nasze czasy: o świecie, który zamienił moralność w marketing, a dobro w kategorię PR-u. Tekst, który czyta się jak scenariusz filmowy, ale na scenie zamienia się w psychologiczną bombę pełną ironii, czułości i gniewu. Dla teatru głodnego emocji i intelektu to pozycja obowiązkowa.

Singularity

Genre
Drama
Female cast
Male cast
Original language of the play
Details
dystopian drama
Cast details
+1 female voice
Original title
Osobliwość/singularity

Journalist Tom visits Professor Witz, a legendary researcher in the field of artificial intelligence. He wants to talk about a project initiated by the professor in 2049 in the Łódź area, which has gotten somewhat out of control. The aim of the project was to “study the consequences of the spontaneous development of coexisting organic and inorganic intelligence systems, combined and assisted intelligence, and the transintelligence of biotechs and technobiotes, as well as accompanying non-systemic entities.” The idea was to protect the rights of intelligence regardless of its origin – without favoring or discrediting any form. Over time, however, intelligence “colloquially and pejoratively” referred to as artificial began to take control of other forms, and “fully human persons” found themselves in a distinct minority. Threatened with extinction, they hide in the ruins of a post-apocalyptic city. Tom, who gradually gains more and more knowledge about the development of the project, simultaneously loses his grasp of the situation. Who is who? Is the professor's demonic daughter, Mona, a flesh-and-blood human being, or did she die with her mother in a car accident as a full-blooded human being, and her consciousness now exists in a new, “borrowed” body? Does the professor's frail shell really only contain his own consciousness, or could it also be a prison for another, younger consciousness? Who is the intelligence equipped with all the attributes of existence, and who is merely a voice? Who is Tom himself?


Referring to the mythical ship of Theseus, in which rotten planks were replaced one by one, the author asks an abstract question that is no longer so abstract in the present day: “If we replace all the elements of a complex object with new ones, so that the entire object is replaced with a new one, does it remain the same object?” And what will remain for humans in a world dominated by AI?

In the afterword to Joanna Oparek's anthology of art, Loneliness is a Serial Killer, Karolina Felberg writes:

On the margins of her reflections on human pride – the desire for divine creations and interventions – Oparek breaks another cultural taboo. She prophesies a time when organic humans will become algorithms, and inorganic beings will take over the most important competence of the humanistic era – the ability to perform creative (aimless and selfless). What will remain for humans then? Suffering, suggests the writer. Superintelligence will not learn to suffer “sophisticatedly” anytime soon. "Its beauty is indifferent. That is why it needs us, feeds on people, greedily devours the leftovers," says Mona, the daughter of a brilliant inventor. In Łódź, dominated by inorganic beings, the ark of organic humans will therefore turn out to be exactly what they are defending themselves against – their inherent ability to experience loss and pain.

 

Szczyt uczuć

Tytuł oryginalny
Der Gipfel der Gefühle
Tłumacz
Szalsza, Piotr
Gatunek sztuki
Komedia
Obsada kobiet
Obsada mężczyzn
Szczegóły obsady
+ 1 głos off

Cztery kieliszki wina, jeden salon i dwie pary, które próbują jeszcze wierzyć, że da się wszystko wyjaśnić rozmową. To początek wieczoru, który kończy się katastrofą emocjonalną o natężeniu większym niż lawina, o której za chwilę będzie mowa. Szczyt uczuć Stefana Vögla wygląda jak klasyczna komedia małżeńska, ale pod tą powierzchnią pulsuje coś zimnego i precyzyjnego: anatomia słów, które zamiast łączyć, zaczynają ranić.

Na scenie mamy jedną przestrzeń: elegancki salon w górskim domu, cztery osoby, które dobrze się znają i chcą tylko „odpocząć od codzienności”. Od początku widać jednak, że to nie odpoczynek, tylko pole minowe. Każdy gest ma wagę dowodu, każda fraza jest próbą obrony. Rozmowy, które miały być towarzyskie, zmieniają się w przesłuchania, a z każdej błahostki wyciąga się coś w rodzaju oskarżenia. W powietrzu rośnie napięcie, którego nikt nie chce nazwać, ale wszyscy je czują.

Vögel prowadzi akcję jak ktoś, kto zna każdy skrót do upokorzenia. Wie, jak sprawić, by banalne zdanie „nic się nie stało” brzmiało jak wyrok. Nie potrzebuje efektów, nie stosuje muzyki, nie ucieka w symbolikę. Wystarczą dwie minuty ciszy, by widz zrozumiał, że to nie teatr o zdradzie, tylko o tym, jak bardzo ludzie boją się mówić prawdę, kiedy już nie mają nic wspólnego poza wspomnieniem bliskości.

Szczyt uczuć zaczyna się jak towarzyska farsa, ale kończy jak akt spowiedzi. W pewnym momencie z gór spływa wiadomość – niewielka, konkretna, ale wystarczająca, by wszystko się przewróciło. Wtedy okazuje się, że żarty się skończyły, choć nikt nie zdążył przestać się śmiać. Publiczność wstrzymuje oddech, bo wie, że ogląda coś więcej niż cudzy dramat: ogląda własne uniki, własne milczenia, własne półprawdy.
To teatr, który nie oferuje katharsis. Zostawia raczej chłód, który przychodzi po śmiechu. Vögel ma doskonałe wyczucie momentu, w którym żart przestaje być bezpieczny. Uderza wtedy, gdy widz jest najbardziej rozluźniony. To właśnie ten ostatni cios – cichy, nieefektowny, ale trafiający idealnie w miejsce, które jeszcze chwilę wcześniej wydawało się śmieszne.

Medea

Autor
Tytuł oryginalny
Μήδεια
Tłumacz
Kaduczak, Jacek
Gatunek sztuki
Tragedia
Obsada kobiet
Obsada mężczyzn
Postacie
+ chór

Nowy przekład Medei Jacka Kaduczaka przypomina, że tragedia nie powstała po to, by czytać ją po cichu w bibliotece. Powstała, by ją wykrzyczeć, zaintonować, przeżyć na scenie. I ten przekład nieustannie pcha nas w stronę teatru, a nie w stronę komentarza. Nie ma tu wygładzania. Każde słowo brzmi jak odłamek szkła. Kiedy Medea mówi o bólu, nie czyni tego z pozy retorycznej, tylko z ciała. Słychać jęk, słychać gniew, a tłumacz zostawia oba w stanie surowym. Patos nie został udomowiony. Wręcz przeciwnie: odzyskał pierwotną moc. Patos to nie ornament, ale cios. Tutaj każde zdanie jest ciosem, a każda pauza — ostrzem wbitym w powietrze sceny. Chór wreszcie odzyskuje swój rytm. Dwunastozgłoskowiec sprawia, że brzmią jak muzyka. Nie jako literacki komentarz, lecz jak perkusja tragedii. Widz słyszy, że to pieśń, a nie przypis. W tym pulsie czuć napięcie, które ktoś kiedyś nazwał walką Apollina i Dionizosa. Apolliński porządek pojawia się na chwilę, by zaraz pęknąć pod naporem furii. To nie jest równowaga. To jest wojna formy i chaosu.

Widz nie dostaje spokoju. Widz dostaje udział w tym konflikcie. Medea nie proponuje dystansu, Medea proponuje wstrząs. To teatr, który nie daje się zamknąć w kategoriach estetycznych. «ἄλγος ἔλαβεν, ὦ Ζεῦ, τίνα προσφωνήσω;» — „Ból mnie ogarnął, o Zeusie, do kogo się zwrócić?”. To pierwsze zdanie nie jest modlitwą. To jest rana otwarta na oczach widza. «φεῦ, φεῦ· ὡς ἄλγιστα καὶ κάκιστα βροτοῖς» — „Biada, biada, jak straszne i podłe są losy ludzi”. Tu nie ma ozdoby. To lament, który nie znajduje adresata. Widz zostaje wciągnięty w sam środek lamentu.

W tym przekładzie Medea nie jest postacią literacką, jest siłą. Siłą, która wybucha i nie daje się zamknąć w psychologicznej interpretacji. Nie analizuje, nie tłumaczy. Działa. Dlatego scena z Jazonem brzmi inaczej niż dotąd. On nie jest złotoustym politykiem, lecz rachmistrzem. Chłodny, logiczny, odpychający w swej racjonalności. Przeraża właśnie tym, że nie ma w nim grama patosu. Kreon w tej wersji jest urzędnikiem. Wydaje zakaz jak biurokrata. Bez gniewu, bez deklamacji. Surowo i sucho. I to właśnie boli najbardziej, bo przypomina każdy list urzędowy, w którym decyduje się o cudzym losie. Posłaniec? Tutaj nie jest poetą, ale reporterem. Mówi o śmierci Glauke tak, że słyszymy trzask tkaniny wżerającej się w ciało. Nie metafora, nie ozdoba. Raport, który nie zostawia przestrzeni na komentarz.

Tak rodzi się język, który nie moralizuje. Medea nie jest potworem ani ofiarą. Jest rozdartą kobietą, która działa wbrew wszelkim granicom. I właśnie dlatego widz nie może jej odrzucić ani jej pokochać bez reszty. Ta ambiwalencja jest sercem tragedii. Każdy monolog Medei to wahanie, każde wahanie to krok w stronę zbrodni. Tłumacz nie zaciera tego procesu. Zostawia bohaterkę w całej sprzeczności. Dlatego struktura dramatu staje się przejrzysta. Etapy następują po sobie jak kolejne uderzenia perkusji: zakaz, pomoc Ajgeusa, dary, śmierć, dzieci. Nie ma mgły, nie ma ornamentów. Jest rytm nieubłagany. W momentach, gdy Medea zwraca się do dzieci, język staje się prosty, aż brutalny. Tu nie ma retoryki. Tu jest cisza, która staje się głośniejsza od krzyku. Publiczność przestaje oddychać.

Nie trzeba dodawać przypisów. Tekst sam się broni. Nie trzeba objaśniać bogów ani genealogii. Trzeba wypowiedzieć słowa. Bo tragedia żyje tylko wtedy, gdy jest grana. To rozumieli starożytni, którzy widzieli w tragedii rytuał, a nie literaturę. I to widać w tym przekładzie. Słowa są zaklęciem, które zaczyna działać od pierwszego krzyku. Mit staje się labiryntem. Nie ma w nim nici, która prowadzi do wyjścia. Jest tylko wejście coraz głębiej. Medea nie prowadzi do morału, lecz do ciemności. I właśnie tam widz zostaje.

„Tylko jako zjawisko estetyczne istnienie i świat są usprawiedliwione” — pisał Nietzsche. Ta Medea jest dokładnym ucieleśnieniem tego zdania. Bo tylko w sztuce można spojrzeć w oczy takiej zbrodni i nie oszaleć.
Colli dodawał, że Grecy traktowali mit jak próbę sił, a nie odpowiedź. I tu ta próba jest bezwzględna. Medea próbuje siły na sobie, na dzieciach, na widzach. A my musimy to wytrzymać. Chóry przypominają, że tragedia była zawsze muzyką. Tu ich rytm wraca. Nie jako ozdoba, ale jako wspólne bicie serca. Każdy wers jest krokiem w stronę finału, którego nikt nie zdoła zatrzymać. Dlatego to nie jest książka do półki. To jest partytura do zagrania. Aktorzy znajdą tu głos, widzowie znajdą wstrząs. Właśnie to oznacza, że tłumacz myślał o scenie.

Język działa jak instrument. Raz brzmi jak recytatyw, raz jak aria. Raz szorstki, raz rytmiczny. Ale zawsze gotowy do wypowiedzenia. To język sceny, a nie język filologii. Medea w tej wersji jest niebezpieczna. Nie daje się oswoić. Kiedy padają słowa o zdradzie, widzimy siebie. Kiedy padają słowa o zemście, drżymy, bo wiemy, że to uczucia nieobce żadnemu człowiekowi. Tragedia staje się lustrem, w które trudno spojrzeć. To lustro nie pozwala się odwrócić. Kto spojrzy, ten zostaje. Medea przyciąga i nie puszcza. Widz staje się częścią rytuału, choćby się bronił.

Nowy przekład pokazuje, że tragedia wciąż może być żywa. Nie jako pomnik, nie jako lekcja, ale jako wydarzenie, które zmienia tych, którzy w nim uczestniczą. I w tym tkwi jego największa wartość: Medea znów jest niebezpieczna. A teatr niebezpieczny to teatr, którego naprawdę potrzebujemy.

Osobliwość/Singularity

Gatunek sztuki
Dramat
Obsada kobiet
Obsada mężczyzn
Szczegóły
dramat dystopijny
Szczegóły obsady
+ 1 kobiecy głos

Do legendarnego badacza sztucznej inteligencji profesora Witza przychodzi dziennikarz Tom. Chce porozmawiać o zainicjowanym przez profesora w roku 2049 na obszarze Łodzi projekcie, który nieco wymknął się spod kontroli. Celem projektu było „badanie konsekwencji samoistnego rozwoju systemów koegzystujących inteligencji organicznych, aorganicznych, inteligencji łączonych i wspomaganych oraz transinteligencji biotechów i technobiotów, a także towarzyszących jednostek niepełnosystemowych”. Chodziło w nim o ochronę praw inteligencji niezależnie od jej pochodzenia – bez faworyzowania czy dyskredytowania którejkolwiek z form. Z czasem jednak inteligencja nazywana „potocznie i obraźliwie” sztuczną zaczęła przejmować kontrolę nad pozostałymi formami i „osoby w pełni ludzkie” znalazły się w zdecydowanej mniejszości. Zagrożone wyginięciem, kryją się w ruinach postapokaliptycznego miasta. Tom, który z czasem nabiera coraz większej wiedzy o rozwoju projektu, traci jednocześnie coraz bardziej rozeznanie w sytuacji. Kto jest kim? Czy demoniczna córka profesora, Mona, jest człowiekiem z krwi i kości, czy jako pełnokrwisty człowiek zginęła wraz z matką w wypadku samochodowym, a jej świadomość egzystuje teraz w nowym, „wypożyczonym” ciele? Czy niedołężna powłoka profesora faktycznie kryje tylko  jego własną świadomość, czy może też być więzieniem dla innej, młodszej świadomości? Kto jest inteligencją wyposażoną we wszelkie atrybuty istnienia, a kto jedynie głosem? Kim jest sam Tom?
Nawiązując do mitycznego statku Tezeusza, w którym wymieniano jedną po drugiej przegniłe deski, autorka zadaje nie tak bardzo już w obecnym czasie abstrakcyjne pytanie: „Czy jeśli wymienimy wszystkie elementy jakiegoś złożonego obiektu na nowe, a więc cały obiekt zostanie zastąpiony nowym, to czy pozostaje on tym samym obiektem?”. Oraz o to, co w świecie zdominowanym przez AI pozostanie ludziom. 

W posłowiu do antologii sztuk Joanny Oparek Samotność jest seryjnym mordercą Karolina Felberg pisze: 

"Na marginesie rozważań o pysze ludzkiej – pragnieniu boskich kreacji i interwencji – Oparek łamie kolejne kulturowe tabu. Wieszczy bowiem czas, kiedy ludzie organiczni staną się algorytmami, a istoty aorganiczne przejmą najważniejszą kompetencję epoki humanistycznej – zdolność działań twórczych (bezcelowych i bezinteresownych). Co pozostanie wtenczas ludziom? Cierpienie – podpowiada pisarka. Superinteligencja nieprędko się bowiem nauczy „wytrawnie” cierpieć. „Jej piękno jest obojętne. Dlatego nas potrzebuje, karmi się ludźmi, łapczywie pochłania resztki” – powiada Mona, córka genialnego wynalazcy. W opanowanej przez istoty aorganiczne Łodzi arką ludzi organicznych okaże się zatem dokładnie to, przed czym tak się bronią – właściwa im zdolność do przeżywania straty i bólu".

Wciąż żyjemy

Tytuł oryginalny
Još uvijek smo živi
Tłumacz
Abrasowicz, Gabriela
Gatunek sztuki
Dramat
Obsada kobiet
Obsada mężczyzn
Szczegóły
dramat dokumentalno-poetycki z elementami teatru rodzinnego i autobiograficznego

To nie jest sztuka o wojnie. To nie jest też sztuka o uchodźcach, traumie, języku ani pamięci – choć wszystko to tu jest, zapisane uważnie, bez lamentu i bez ozdób. Wciąż żyjemy to dramat, który rejestruje trzaski – między zdaniem a pauzą, pytaniem a milczeniem, między dzieckiem a kobietą, która je urodziła, ale nie może już niczego wyjaśnić. To tekst, który nie domaga się empatii, tylko obecności. Obnaża brutalną precyzję urzędowych pytań, bezradność tłumaczeń, zmęczenie powracających wspomnień.

Najciekawsze w tej sztuce jest to, jak ucieka z klisz. Rodzina nie jest ani heroiczna, ani rozbita – jest zawieszona, chwilami śmieszna, chwilami okrutnie zwyczajna. Dialogi są krótkie, gęste, pełne niedomówień. Niektóre sceny działają jak szkice – pojedyncze zdania, które wytrzymują więcej niż całe monologi.

Dramaturgicznie to forma otwarta. Czternaście sekwencji, które można układać jak klocki, jak dowody. Jedna wanna, kilka mandarynek, roztrzaskany talerz. Nic tu nie jest ważne na poziomie inscenizacji, wszystko działa na poziomie napięcia.

To tekst, który rozumie scenę – wie, że najlepsze rzeczy dzieją się w ciszy. Ale równie dobrze można go czytać jak powieść podzieloną na kadry. Każdy kadr zostaje. Czasem zadrży ręka.

„Wciąż żyjemy” – nie dlatego, że przetrwaliśmy. Tylko dlatego, że niczego innego już nie potrafimy.

Pamiętam cię, Mały Książę

Autor
Gatunek sztuki
Dramat
Obsada kobiet
Obsada mężczyzn
Szczegóły
dramat poetycki / adaptacja / teatr jednego aktora (potencjalnie)
Szczegóły obsady
tekst monologowy, otwarty — możliwe różne konfiguracje sceniczne

Pamiętam cię, Mały książę Kuby Kaprala to tekst, który nie adaptuje Saint-Exupéry’ego — on go odczynia. Rozbraja Małego Księcia z warstwy popkulturowego sentymentu i przekształca w kapsułę emocjonalną: pełną drgań, cięć, głosów i przerw. To teatr, który nie opowiada bajki, tylko rozgrzebuje ranę, której nigdy nie udało się zaszyć. To nie jest adaptacja do końca wierna ani do końca bluźniercza. Raczej: intymna rewizja mitu dzieciństwa. Narrator mówi do Księcia jak do zmarłego, do siebie sprzed lat, do kogoś, kto nigdy nie wrócił — lub nigdy nie istniał. Tekst jest zrytmizowany, krótki, pełen powtórzeń i pauz, które działają jak mikrodrgania pamięci. Brak puenty staje się tu formą szczerości — bo czasem nic nie daje się domknąć.

Nie jest to tekst gotowy do klasycznej inscenizacji — to otwarte pole emocjonalne, które wymaga od twórców decyzji, odwagi i wrażliwości. Przypomina bardziej szkicownik przeżyć niż dramat w tradycyjnym rozumieniu. A może właśnie dzięki temu trafia w sedno.

Dramaturgicznie to materiał otwarty: może być pełnowymiarowym spektaklem, monodramem, performansem głosowym, poetyckim słuchowiskiem lub instalacją teatralną. Jego siła tkwi w aurze, nie w akcji. Bohater nie mówi „o czymś” — on jest mówieniem, które chce ocalić coś, czego już nie ma.

To propozycja skierowana do starszej młodzieży (15+) i dorosłych, która najlepiej wybrzmi w intymnej przestrzeni – bez dekoracji, bez teatralnych protez, tylko z głosem, ciszą i obecnością. Dla teatrów poszukujących formy osobistej, emocjonalnej, a jednocześnie odważnie minimalistycznej, to propozycja warta uwagi.

Szczególnie dla zespołów, które nie boją się ciszy. Ani pamięci.

Dom Lemkina

Tytuł oryginalny
Lemkin’s House
Tłumacz
Semil, Małgorzata
Gatunek sztuki
Dramat
Obsada kobiet
Obsada mężczyzn
Szczegóły
Sztuka grana z sukcesem w Bośni i Hercegowinie, Belgii i czterokrotnie w Stanach Zjednoczonych. Drukowana w "Dialogu" nr 4/2024
Prapremiera
2005, Kameri Teatar, Sarajewo

W roku 1944 Rafał/Rafael Lemkin, polsko-amerykański prawnik, stworzył pojęcie ludobójstwa i poświęcił swoje życie walce o uznanie go za zbrodnię międzynarodową. Kiedy Stany Zjednoczone, kilkadziesiąt lat po śmierci Lemkina, w końcu podpisują ustawę – ludobójstwo wybucha w Rwandzie i Bośni i dręczy Lemkina w zaświatach. Akcja Domu to pośmiertny koszmar bohatera, w którym nawiedzają go ofiary lub sprawcy współczesnych ludobójstw. Przez tę przestrzeń, w groteskowych pląsach, przetaczają się widmowi goście z różnych okresów historii, prowadząc z bohaterem dyskusje balansujące między grozą a absurdystycznym humorem. Wśród nich najsilniejszą obecnością w tej przestrzeni jest matka – archetyp żydowskiej mamełe, z jej miłością, nadopiekuńczością i wiecznym narzekaniem, sklejona w jedno ze świadectwem historii i dręczącymi bohatera wyrzutami sumienia. „Porzuciłeś nas” – powtarza, nie słuchając entuzjastycznej relacji syna o ratyfikacji prawa o ludobójstwie. Sceny z nią są tragikomiczne, zestawiając jej traumatyczne wspomnienia z ciągłym poszukiwaniem po całym domu mąki na wypieki i wiecznym przekomarzaniem się z Rafaelem. Gospodarz chciałby się już swoich gości pozbyć i odejść na dobre w zaświaty, ale jeśli ludobójstwa nie da się powstrzymać, to jak spocznie?

"Wszyscy musimy wejść do Domu Lemkina i przypomnieć sobie, że należy skończyć, co on rozpoczął – unicestwić ludobójstwo raz na zawsze". (David Schefer, były ambasador USA ds. zbrodni wojennych).
 

Pigułka

Autor
Tytuł oryginalny
Haglula
Tłumacz
Olek, Agnieszka
Gatunek sztuki
Komedia
Obsada kobiet
Obsada mężczyzn
Szczegóły
brawurowa rola dla starszej aktorki
Prapremiera
19.10.2019 roku w Teatrze Beit Lessin, reż.: Roy Segev

Osiemdziesięcioletnia Adina Berman wynajmuje studentowi mieszkanie. Kiedy odwiedza Orgada, by zapowiedzieć podwyżkę czynszu, dowiaduje się, że ten wynalazł właśnie pigułkę przywracającą młodość. Adina zamiast podwyżki proponuje Orgadowi obniżkę w zamian za udostępnienie magicznej tabletki. Dobijają targu i w mgnieniu oka staruszka zamienia się w 26-latkę. Specyfik działa tylko trzydzieści minut, ale w tym czasie młodą Adi zdąży spotkać u Orgada jego kolega Daniel i… się w niej zakochać. Adina wraca lekko zasmucona do domu w swojej „starej” skórze. Tam czekają na nią rodzinne problemy: zakochana nieszczęśliwie wnuczka Rachel, która próbuje znaleźć sposób, by zapewnić sobie miłość opornego chłopaka – a tym samym zapewnić babci wymarzonego prawnuka – oraz zazdrosny mąż, który uroił sobie, że żona spotyka się ze swoją pierwszą miłością. Zasmakowawszy powtórnej młodości, Adina chce raz jeszcze zażyć tabletkę, by jako Adi spotkać się na randkę z Danielem. Dochodzi do randki, ale wtedy wychodzi na jaw, że Daniel jest owym opornym młodzieńcem, w którym zakochała się wnuczka Adiny. Zdesperowana babcia, w poczuciu winy i trosce o swoją Rachel, błaga Orgada o jeszcze jedną tabletkę – chce w swoim młodym ciele po raz ostatni spotkać się z Danielem i zakończyć z nim znajomość. Dostaje kilka tabletek, ale brak w nich litu i każda pozwala jedynie na kilkuminutową przemianę. Adinę zaczynają „swędzieć cycki”, co nieuchronnie zwiastuje koniec działania pigułki. Na oczach wszystkich zostaje zdemaskowana. I w tym kulminacyjnym momencie każde z bohaterów stanie przed trudnym, decydującym wyborem:  z kim być, a z kogo zrezygnować. 

Pełna zawirowań i zwrotów akcji lekka, ciepła komedia o tym, co w życiu najważniejsze i czym jest prawdziwa miłość.

Kruk

Tytuł oryginalny
El cuervo
Tłumacz
Komarnicka, Elżbieta
Gatunek sztuki
Dramat
Obsada kobiet
Obsada mężczyzn

Ostatni dzień roku nie wywoływał w Juanie dobrych wspomnień. Dokładnie rok wcześniej z rąk okrutnego szaleńca zginęła jego żona, Laura. Sylwestra postanowił spędzić w domu, w towarzystwie starej służącej, Luisy.

Ten dzień okazał się jednak wyjątkowy, nie tylko ze względu na powracające wspomnienia. Oto bowiem, zupełnie niezapowiedzianie, odwiedzają Juana przyjaciele, których przecież nie zamierzał gościć. Na dodatek twierdzą, że otrzymali od niego zaproszenie. Zupełnie jak rok wcześniej... Te same gesty, stroje, muzyka... Czy ktoś postanowił czwórce przyjaciół spłatać figla, przywołując idealnie tamtą noc? Wzruszyć, przestraszyć, może napomnieć? Czy śni im się zbiorowy sen, czy Laura nadal żyje?

Alfonso Sastre wprowadza nas w inny wymiar, trochę jak z filmu grozy, w świat, w którym zdaje się nam, że na wiele rzeczy mamy wpływ. Czy jednak na te, na których najbardziej nam zależy? Jak często zdarza nam się przeżywać chwile, które już przeżyliśmy?

W Kruku odnajdziemy nie tylko z mistrzostwem przeprowadzone narastanie niepewności i strachu, ale także sytuacje, które nawet człowieka twardo stąpającego po ziemi mogą doprowadzić do przerażenia i obłędu.