Rzecz o miejskim szalecie, a właściwie o świecie i ludzkości z perspektywy pewnej babci klozetowej. Bohaterka ludzi dzieli ogólnie na „obsrańców” i „wstydzących się”. Jest emerytowaną polonistką, pochowała dwóch mężów, zerwała kontakt z dziećmi i kościołem. Do skromnej nauczycielskiej emerytury dorabia, pracując w publicznej toalecie. Nie narzeka jednak, a wręcz przeciwnie, wykorzystuje swoje miejsce pracy do codziennej obserwacji. Nie opuszcza jej poczucie humoru, ciekawość świata i radość – czerpana z odnajdowanych w szaletowym smrodzie błysków poezji. W wolnych chwilach odgaduje porę dnia z przesuwającego się po obskurnej ścianie kwadracika światła albo tworzy z klozetowych odgłosów kompozycje muzyczne: „każdy z tych pierdów to jest nutka cała nutka ćwierćnutka półnutka i jakby je przenieść na tę jak jej partyturę to z tego będzie symfonia”.
Filozoficzne nastawienie do rzeczywistości skłania bohaterkę do wielu przemyśleń, jak choćby o tym, że „wysranie po człowieku widać jak pan się przyjrzysz współobywatelom porannym to ja panu od razu powiem który wysrany który nie a niektórzy to nawet jak wysrani to jacyś tacy wiecznie niedosrani”. Jej zmysł obserwacji i polonistyczne zamiłowanie do zabaw językowych znajdują ujście w monologu skierowanym do przypadkowego (jak się w finale okaże – niezupełnie) klienta, z trudem powstrzymującego naglącą potrzebę. Iskrzący się rubasznym humorem strumień świadomości traktuje tyleż o rozmaitych aspektach defekacji, co o ludzkiej psychologii i współczesnym świecie.
„Nic po nas nie zostanie to mnie wystarczy pańskie ucho i to echo jakim się odbiją najlepsze kawałki z księgi czy właściwie broszurki sracza” – mówi kobieta, której refleksyjno-fekalny monolog z jego skupieniem na detalu i poezją zwyczajności zdradza pewne podobieństwa do Traktatu przy łuskaniu fasoli. Wiesław Myśliwski – wersja kloaczna?