Pisarze - mężczyźni często tworzą bardzo interesujące i wiarygodne portrety kobiece. Wystarczy wspomnieć Annę Kareninę Tołstoja, czy też Madame Bovary Flauberta. Jeśli chcecie się przekonać, jaką kobietę stworzył Stefan Szulc, sięgnijcie po jego sztukę. "Monodram", to sympatyczna propozycja dla tych wszystkich samic i samców, którzy chcieliby się zdystansować od dręczącej codzienności wspólnoty łoża i stołu (lub jej braku). Mogą to osiągnąć wysłuchując zwierzeń monodramatycznej Bohaterki, która "sypie się" na ich oczach - zrazu buńczuczna i zbuntowana przeciwko partnerowi, potem coraz bardziej niepewna. Jej końcowa decyzja o odejściu nie wydaje się ostateczna. Pewnie znowu do Niego wróci. No bo - gdzie znajdzie drugą taką publiczność?
Uwięziwszy partnera w piwnicy, Bohaterka uzyskuje przestrzeń do odegrania swego prywatnego monodramu (lub: swojej prywatnej monodramy). Ten, który bije pięściami w drzwi, to jej publiczność, zrazu chyba niechętna, pod koniec znużona i łaskawie pozwalająca się jej wygadać, a nawet wykonująca jakiś gest zrozumienia. Rano skacowana aktorka budzi się. Przedstawienie było dość udane, w każdym razie: dała z siebie wszystko. Nie zdążyła, oczywiście, na pociąg do Warszawy; całą noc spędziła na monologowaniu w stronę porzuconego samca. O jej partnerze da się powiedzieć jedno: cierpliwy. W końcowej scenie jest już tylko więźniem symbolicznym w maglu niedobrego związku z niezadowoloną kobietą.
Podobno przeciętna kobieta wyrzuca z siebie w ciągu doby 6 800 słów, podczas gdy typowy mężczyzna ogranicza się do 2 400. W monodramie Stefana Szulca Mężczyzna nie odzywa się ani razu, zostawiając pole do popisu rozhisteryzowanej Kobiecie. Obydwoje są dziećmi stanu wojennego i na tym chyba kończy się wspólnota doznań. Co się zaś tyczy obszaru tematycznego monologu Bohaterki, to dają się tu zauważyć trzy nurty. Po pierwsze: zdrowa, partyjna krytyka Uwięzionego (to maminsynek, fallocentryczny egoista, głupi fiut, fiut i jeszcze raz fiut). Po drugie: rodzinna trauma bohaterki, a więc: niedojrzała matka, ojczym - łajdak i rokendrolowy ojciec biologiczny, który zaćpał się na śmierć. Po trzecie i ostatnie: ogólne jakieś psychosomatyczne zamieszanie; łzy mieszają się z alkoholem, przynosząc chwilową ulgę i unosząc Bohaterkę na skrzydłach chwiejnej wyobraźni tam, gdzie jest lepiej niż tu. Wyrusza więc, niczym opętany wizją świętego Graala rycerz, na poszukiwanie tego czegoś (i kogoś) lepszego. Tylko - gdzie TO jest?