Imiennik Schweitzera

Autor: 
Szenderowicz, Wiktor
Przekład: 
Czech, Jerzy
Gatunek: 
Farsa
Szczegóły: 
Imiennik Schweitzera jest farsą, dobrze napisaną, śmieszną, ale skłania do refleksji.
Obsada kobiety: 
2
Obsada mężczyźni: 
6

Albert,  młody człowiek z ambicjami dorównania swemu wielkiemu imiennikowi, Schweitzerowi, przyjeżdża z misją ONZ do Plemienia Krańca Świata, zamieszkującego bliżej nieokreślone tereny północne. Albert przywozi ze sobą dary – żywność i lekarstwa, a plemię wita go uroczyście, zarazem doszczętnie obrabowując ciężarówkę, tak że za pośrednictwem Wodza Albert musi odbierać od nich potrzebne rzeczy. Albert wyjaśnia, że plemię może dostać znacznie większą pomoc, jeśli zechce włączyć się do rodziny narodów cywilizowanych. W tym celu musi jednak wyrzec się ludożerstwa, praktykowanego od niepamiętnych czasów. Po drugiej stronie rzeczki mieszkają Karaczurowie i oba plemiona zjadają się nawzajem. Wódz wyjaśnia, że dawniej plemię Krańca Świata zjadało się wzajemnie, teraz ograniczyło się wyłącznie do zjadania Karaczurów.  Albert domaga się jednak, by i z tym skończyć. Wódz argumentuje, że  starych obyczajów nie da się tak szybko wyplenić, proponuje więc układ - ONZ przyśle nowy transport darów, a plemię przestanie zjadać dzieci i kobiety Karaczurów ograniczając się tylko do mężczyzn.

 Albert przystaje na układ. Później jednak stopniowo dociera do niego prawda: plemię Krańca Świata pasożytuje tylko na międzynarodowej pomocy, wielu jego przedstawicieli zna świat cywilizowany, ale nie chce przyjąć jego wartości. Najlepszym zaś wyrazem patriotyzmu plemienia Krańca Świata jest ludożerstwo, którego ofiarą padł poprzednik Alberta, Thomas. Zjedzono go, a ocalały członek wyprawy, doktor Johann Kirsch, musiał zostać członkiem plemienia i uczestniczyć w ich praktykach, a ponieważ nie potrafił zjadać Karaczurów bez przypraw, nazwano go Keczapem. Przyparty do muru Wódz daje Albertowi ultimatum: albo przejdzie ludożerczą inicjację i zostanie członkiem plemienia, albo sam zostanie zjedzony. Namawia go na to również zrezygnowany i cyniczny Keczap. Bohater jednak odmawia gotowy na śmierć. Do najgorszego jednak nie dochodzi dzięki interwencji córki wodza, Femy. Namówiona przez nią matka wodza, Agunia, ogłasza wolę duchów rzeki („kontaktują się” one  z plemieniem za jej pośrednictwem albo szamana Woodoo), że należy wypuścić przybysza, który uprzednio powinien wziąć Femę za żonę.

Albert i Fema chcą zabrać Keczapa, który jednak ginie zastrzelony przez szamana. Młodzi odjeżdżają samochodem, a żegna ich krzyk tubylca, który przez całą sztukę bawi się ukradzionymi Albertowi zapałkami i nieustannie parzy sobie palce.

dla ADiT: jcz